DZIEWIĘĆ CHOLERNYCH OPOWIADAŃ

ŻÓŁTY SAMOCHÓD

Szczere słowo od autora.

Przedostatnie opowiadania są trudne do napisania. Trudne dlatego, że każdy autor, pismak, antytalencie i grafoman najlepsze opowiadanie, najlepsze zakończenie, najlepszy rozdział swojej książki, całej miernej i nieporadnej, zachowuje na koniec. I to tworzy potężny dysonans, albowiem wtedy część przedostatnia wydaje się mikra i uboga. W tym wypadku, mimo całej świadomości autora, której wyraz dałem w tych kilku, jakże szczerych i dojrzałych, pełnych otwartości zdaniach wcześniej, nie będzie wyjątku. Wiem, że to opowiadanie będzie trudne dla mnie, autora tyle doświadczonego co świetnego, by ogólnie przyjętą zasadę utrzymać. Ale czegóż się nie robi dla tyleż ulubionego co wytrawnego czytacza.

Stał na regulowanym światłami skrzyżowaniu dróg niezbyt głównych, ale i niezbyt peryferyjnych tego znienawidzonego miasta, które od lat wciągało go w swoją ciemną rzeczywistość pełną dziwnych zdarzeń, ludzi, miejsc i znajomości. Stał po nic. Bez przyczyny i skutku. Stał na nic nie czekając i na nic nie licząc. Właściwie, tak naprawdę, nie wiedział po co wyszedł i gdzie chciał iść.
-Cholerne miasto, nawet nie wiadomo gdzie iść – pomyślał.
Zmogło go szukanie pomysłu, dobór słów, brnięcie w dialogi i tworzenie fikcyjnych sytuacji, nie mających niczego wspólnego z rzeczywistością, którą znał i którą tak pogardzał. Prawda, uważał, leżała zupełnie gdzie indziej. Idiotyczne hasła prawdy czasu, prawdy człowieczeństwa, prawdy natury, prawd uniwersalnych i inne bzdety głoszone przez nawiedzonych i nieodpowiedzialnych wizjonerów i szarlatanów, skorumpowanych układami i zależnościami, szmalem, układnym „dzień dobrym” i „wspaniale wyglądasz”, każdym gestem wystawianym na pokaz pełen poklasku z jeden strony, a śliskiej służalczości z drugiej, każdym uśmiechem gówno wartym, a sprzedawanym za grube przywileje równego traktowania, są tylko pewnego rodzaju narzędziami gwarantującymi gorącą kawę następnego dnia w lokalu zwanym życiem.

Potrzebował czegoś zupełnie innego. Nie umiał określić dokładnie czego. Miał świadomość irracjonalności tego oczekiwania, ale jednocześnie miał nadzieję, że może to nie on określi to coś, na co czekał. Z tego apatycznego stania na podłym, co tu kryć, i pozbawionym atrakcji peryferyjnym skrzyżowaniu, wyrwał go nadjeżdżający stary żółty samochód w takim stopniu zdezelowania, że fakt że jechał, był drwiną ze wszystkich konstruktorów świata, zasad mechaniki, praw rządzących tarciem oraz logiki rządzącej logiką skutku i przyczyny.

Mimo zielonego światła na swej drodze, samochód na skrzyżowaniu stanął. Otworzyły się drzwi i facet o twarzy, która mogłaby reklamować zwiędłe owoce palące po sześćdziesiąt papierosów dziennie, sennie zapytał:
– Gdzie mam jechać ?
Zaskoczyło go to. Co innego gdyby zapytał o coś innego. Na wiele pytań był przygotowany, nawet czekał na wiele pytań, licząc, że odpowiadając na nie, odpowie również na pytania zadawane sobie od lat, na które odpowiedzi nie mógł się doczekać lub znaleźć. Ale to prostactwo? To głupie pytanie, nazbyt konkretne by mogło cokolwiek rozwiązać, nie, to ohyda. Ale jakie pytanie mógł zadać facet o twarzy wióra.
– Prosto – odpowiedział.
Samochód zgrzytnął przeciągle, szarpnął kilka razy i mając czerwone światło ruszył.
To nie było to czego potrzebował.
– Nienawidzę tego miasta – pomyślał.