DZIEWIĘĆ CHOLERNYCH OPOWIADAŃ

SEANS

Gabinet był urządzony w stylu wiktoriańskim z lekką nutą dekadencji kryjącej się w bukietach zwiędłych róż, które kupione na pobliskim bazarze stały tu już szósty rok albo i dłużej. Gościnna sofa zapraszała swą wytartą skórą, fotel towarzystwem, stół stał po stołowemu na środku tego pola nieustającej bitwy i trzymał z pozoru pieczę nad wszystkim. Na biurku walały się brudne szklanki, pety, butelki po wódce i koniaku pośledniego gatunku, kilka książek, o czym nie wiadomo, bo bez okładek, dwa ogryzione zupełnie ogryzki długopisów, nadpalona świeczka w kałuży stearyny, brudne majtki bez gumki, dwa talerze po pizzy, kilka niezbyt czystych kartek papieru, kalendarz sprzed roku oraz oprawiony w skórę notatnik. Przyciemnione światło padające z kąta tego niby gabinetu nadawało pomieszczeniu wygląd co najmniej diaboliczny. Na krześle przy sofie siedział nieruchomo znudzony i zniesmaczony Doktor, w oczach którego odbijała się pustka spowodowana latami pijaństwa i balang, psychicznej degrengolady, lęków wyimaginowanych i prawdziwych, beznadzieji kompletnej i rezygnacji. Na podłodze leżał facet w stanie psychicznie nieokreślonym i snuł swą nudną opowieść, w pełni nadziei na otrzymanie pomocy od znanego, bądź co bądź, specjalisty.

– Stałem na brzegu mostu czy czegoś co most tylko przypominało, a może w ogóle mostem nie było, a jedynie sprawiało takie wrażenie jak most, bo i rzeka gdzieś się odbijała w niebie czy w czymś co było na górze, znaczy wyżej ode mnie, nade mną po prostu, ale zbyt wysoko żeby zobaczyć co to dokładnie jest lub było, bo chwilę potem znikło, spadło czy co, sam nie wiem, i cisza zapanowała, bo wcześniej jakby szum wiatru, szmer jakiś mnie otaczał, wirując w powietrzu przezroczystym, czystym do niebieskości, do poświaty lekko matowej, mgielnej otchłani czy coś takiego, ale nie pamiętam dokładnie, bo oczy tego nie widziały, a jedynie czułem całym ciałem, a w oczach miałem tylko ten kawałek niby to mostu jak mówiłem, który był bez końca i bez początku, a mimo to stałem na jego brzegu, może metr od końca i zdawało mi się, że cały ten most lekko się przesuwa, faluje, podskakuje jak na bruku, nabierając szybkości z przyspieszeniem równym przyspieszeniu lokomotywy parowej pośpiesznej ruszającej ze stacji A i udającej się w bliżej nieznanym kierunku, ale kierującej się na schody, na które bardzo często wchodzę lub spadam w snach, podobnie skomplikowanych i niezrozumiałych jak ten, co staram się przedstawić, a który mnie prześladuje od dłuższego czasu, raz w pełnym metrażu, a raz w krótkim, przy czym ta krótsza forma jest jakaś dłuższa i bardziej kolorowa, i co dziwnego, w jednej z nich, nie pamiętam w której, schody owe mają co drugi stopień i są bez poręczy, a dodatkowo, kiedy chcę zejść z tych schodów, na dole, przy ostatnim stopniu czyha na mnie czajnik, chyba z wrzątkiem, ale nie wiem dokładnie bo bez gwizdka – słucha mnie Pan – a dodatkowo, kiedy się budzę to ten sen trwa dalej, uniemożliwiając mi normalne życie i egzystowanie, a szczególnie przeszkadza mi to w pracy, a jestem operatorem dźwigu wysokościowego na budowie metra i koncentracja niestety jest nieodzowna przy tego rodzaju pracy, specjalnie w nocy, kiedy jest ciemno jak to w metrze w nocy i kiedy można niechcący kogoś zabić, co zresztą mi się zdarzyło już nieraz, i stąd to skierowanie do Pana.

– Panie, kurwa, przecież to się kupy nie trzyma. Jaki most. Most każdy ma początek i koniec, bo rzeka, Panie kochany, ma po prostu brzegi. Nie widział Pan do cholery. Co Pan mi tu wyjeżdża z tym pociągiem ze stacji A. Z jakiej stacji A. Co to nazwy nie można było odczytać. Jaka stacja A. Gówno nie stacja A. Niech Pan się skupi. Tu jest gabinet psychoterapii, a nie poradnia psychiatryczna, Ty kretynie jeden. Kurewski idiota. Szmer go otaczał. Chyba szmer idiotyzmu kompletnego. Albo z tym metrażem krótkim i długim. Co Pan filmowiec jest. Dźwigowym Pan jest, dźwigowym. Kurwa, czajnik go prześladuje – krzyczał Doktor w desperacji, i nagle zamilkł. W oczach Doktora pojawił się lęk i panika. Do pokoju spokojnie wjechał czajnik, chyba z wrzątkiem. Gwizdek leżał na biurku.